Welcome to NovelX

An AI-powered creative writing platform for adults.

By entering, you confirm you are 18 years or older and agree to our Terms & Conditions.

Szczyt Głodu
Reading from

Szczyt Głodu

1 chapters • 0 views
Próg Głodu
1
Chapter 1 of 1

Próg Głodu

Kael stoi w marmurowym holu Iglicy, a zapach wanilii i czegoś ostrzejszego wypełnia mu płuca. Sera Voss uśmiecha się wolno, jej palce przesuwają się po klawiaturze, ale wzrok tnie go żywcem — mierzy szerokość jego ramion, długość palców, sposób, w jaki stoi. 'Imię?' pyta, choć już wie. Kiedy podaje nazwisko, jej uśmiech się zaciska, a dłoń zaciska na długopisie, jakby ważyła, czy go wpuścić, czy ostrzec. Za nią, w głębi korytarza, słychać stłumiony jęk i czyjś śmiech — wysoki, złocisty, nieludzki.

Deszcz bił w żelazne wrota Iglicy. Kael szedł za Verdanem przez kałuże, brudną wodę chlapiącą mu na buty, błoto bryzgające na łydki. Łowca talentów był suchy pod czarnym płaszczem i parasolem, który trzymał nad sobą, nie ofiarowując go chłopcu. Kael pozwolił, by deszcz go przemaczał. Wolał zimno. Wolał coś, co tłumaczyło drżenie jego rąk.

Drzwi były masywne, z kutego żelaza, pokryte płaskorzeźbami, które w deszczu i gasnącym świetle wieczoru wydawały się poruszać. Kobiece ciała splecione w tańcu, który nie był tańcem — wypukłe brzuchy, rozwarte uda, języki sięgające między nogi. Kael wpatrywał się w nie zbyt długo, czując, jak krew napływa mu do krocza. Verdan pełnął drzwi, a one otworzyły się bez skrzypnięcia — ciężkie, doskonale naoliwione, jakby zapraszały.

Powiew uderzył w twarz Kaela. Ciepły. Suchy. Pachniał woskiem i kadzidłem, ale pod tym — głębiej, jakby wsiąkły w kamień przez lata — stary pot, stara sperma, wydzieliny kobiet, które przeszły tędy tysiące razy. Zapach osiadł mu na języku. Słodkawy. Ciężki.

Hol był ogromny, wyłożony czarnym marmurem, który lśnił wilgotno w świetle kandelabrów. Posadzka była tak wypolerowana, że Kael widział w niej własne odbicie — chłopaka o mokrych włosach, w przemoczonej koszuli, z twarzą, która zdradzała wszystko. Strach. Wstyd. Głód, którego nie umiał nazwać.

Kontuar z czarnego granitu stał pośrodku, a za nim siedziała kobieta, która mogła mieć dwadzieścia kilka lat — ale jej oczy patrzyły z doświadczeniem kogoś starszego o dekadę. Sera Voss. Nie znał jej nazwiska, ale Verdan wypowiedział je w drodze, jakby to było hasło. Kael widział tylko jej twarz — cynamonową, idealną, z małym znamieniem pod okiem. Jej usta były koloru zaschniętej krwi, a czarne włosy upięte w schludny kok, z którego ani jeden kosmyk nie śmiał się wymknąć.

Jej suknia była ciemnopurpurowa, opinająca ciało, które nie mogło być prawdziwe. Piersi napierały na materiał z taką siłą, że Kael widział napięcie tkaniny przy każdym jej oddechu. Biodra — nie mieściły się za kontuarem. Wystawały poza krawędź, obłe i potężne, tworząc faldę w sukni, która zdradzała masę ukrytą pod spodem. Gdy się poruszyła, by spojrzeć na niego, Kael usłyszał cichy szelest materiału napinanego do granic.

"To on," powiedział Verdan, stawiając na kontuarze skórzaną torbę. "Kael Morozov. Osiemnaście lat. Anomalia reprodukcyjna."

Sera Voss wzięła długopis, który leżał obok niej, i powoli, jakby ważyła każdą literę, zapisała coś w księdze. Potem podniosła wzrok. Jej oczy — bursztynowe, ciepłe, ale jednocześnie zimne jak monety — przesunęły się po Kaelu od stóp do głów. Zatrzymały się na jego kroczu. Na wilgotnej plamie, która rozlewała się na materiale spodni.

Kael poczuł, jak krew uderza mu do twarzy. Preejakulat sączył się nieprzerwanie od chwili, gdy przekroczył próg. Nie mógł tego kontrolować. Jego jądra były ciężkie, pełne, bolące — jakby nosił w środku dwa kamienie, które domagały się uwolnienia.

"Potrzebujemy próbki," powiedziała Sera. Jej głos był niski, melodyjny, jakby każde słowo było przeznaczone do innej melodii. "Standardowa procedura."

Verdan skinął głową i wycofał się. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym łoskotem. Kael został sam przed kobietą, która patrzyła na niego jak na zwierzę, które ma zbadać.

Wyciągnęła srebrną czarkę. Małą, płaską, mieszczącą się w dłoni. Położyła ją na kontuarze i skinęła głową: "Rozpnij spodnie."

Kael drżał. Jego palce nie słuchały go — szarpały pasek, pętlę, guzik, aż wreszcie materiał opadł, a jego penis wysunął się na zewnątrz. Twardy. Gruby. Żyły na trzonie nabrzmiałe, purpurowe, pulsujące w rytmie, który przyspieszał z każdą sekundą. Żołądź była ciemna, wilgotna, z kroplą preejakulatu, która oderwała się i upadła na marmur z cichym plip.

Sera Voss nie zmieniła wyrazu twarzy. Ale jej nozdrza rozszerzyły się. Kael widział, jak jej pierś unosi się głębiej, jak jej palce zaciskają się na długopisie, jakby walczyła z instynktem. Sięgnęła po czarkę, podeszła do niego powoli — jej biodra kołysały się w sposób, który wydawał się celowy, wyuczony, ale jednocześnie naturalny jak oddech.

Klęknęła przed nim.

Jej dłoń była chłodna. Zamknęła palce na jego trzonie, a Kael poczuł, jak całe jego ciało sztywnieje. Dotyk był kliniczny — precyzyjny, pozbawiony pieszczoty. Przesunęła ręką w górę, aż do żołędzi, potem w dół, do nasady, i powtórzyła. Raz. Drugi. Trzeci. Jej kciuk musnął wędzidełko, a Kael jęknął, nie mogąc powstrzymać dźwięku.

"Cicho," powiedziała. Głos wciąż spokojny, profesjonalny. Ale jej palce drżały. Kael to czuł. Drżały, gdy zaciskały się na nim, gdy prowadziły go do krawędzi.

Orgazm narastał w nim jak fala — głęboka, niepowstrzymana, rodząca się głęboko w jądrach, które stawały się cięższe i cięższe, jakby napełniały się w tempie, które nie znało granic. Kael chciał ostrzec, chciać powiedzieć, że zaraz — ale zanim zdążył otworzyć usta, sperma wystrzeliła z niego z siłą, która zaskoczyła go samego.

THWOMP. Pierwszy strumień uderzył w dno czarki. Głośny, mokry, ciężki. Sera Voss nie cofnęła się, ale jej oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy. Drugi strumień — GLOOORP — wypełnił czarkę po brzegi. Trzeci przelał się przez krawędź, spływając po jej palcach, po jej nadgarstku, kapiąc na marmur.

Sera nie przestała. Jej dłoń wciąż pracowała, doiła go, a sperma wciąż płynęła — czwarty strumień, piąty, szósty, każdy mniejszy, ale wciąż obfity, wciąż zalewający czarkę, która dawno już nie mogła pomieścić ani kropli.

Kael dyszał, opierając się dłońmi o kontuar, gdy wreszcie fala opadła. Sperma pokrywała jego własne uda, podłogę, białą kałużą rozlewającą się po czarnym marmurze. Sera Voss wciąż klęczała, trzymając przepełnioną czarkę, a z jej palców zwisały srebrzyste pasma, które pękały z cichym squelch, gdy podnosiła dłoń.

Uniosła czarkę do ust. Przechyliła. I zaczęła pić.

Kael patrzył na nią, nie mogąc odwrócić wzroku. Jej gardło poruszało się w rytmie przełykania. Sperma ściekała jej po brodzie, kapała na suknię, a ona nie ocierała jej. Po prostu piła. Małymi łykami. A potem, gdy czarka była pusta, oblizała jej brzeg, oblizała własne palce, i dopiero wtedy podniosła na niego wzrok.

W jej oczach było coś, czego Kael nie rozumiał. Nie tylko podziw. Nie tylko głód. Była w nich dzikość — jakby zobaczyła coś, co przekraczało jej najśmielsze oczekiwania, i nie wiedziała, czy powinna się bać, czy modlić.

"Anomalia," szepnęła. "Tak, Verdan się nie pomylił."

Wstała, podeszła do szuflady za kontuarem i wyjęła skórzany woreczek. Mały, mieszczący się w dłoni. Podała mu go, a on wziął go, czując przez skórę ciężar — woreczek był wypełniony czymś, co przypominało piasek lub małe kamyki.

"Na nasiona," powiedziała. "Każdy, kto idzie wyżej, dostaje jeden. Żeby nie nosić w kieszeniach."

Kael wziął woreczek, nie pytając, co oznacza. Sera Voss wskazała ręką w głąb holu, na schody — szerokie, kręcone, z kutą balustradą, ginące w mroku powyżej. "Piętro pierwsze. Panienki czekają."

Kael ruszył. Jego penis, wciąż twardy, ocierał się o szew spodni, zostawiając kolejną plamę wilgoci. Jego jądra, opróżnione przed chwilą, już napełniały się na nowo — czuł to jako ciepło, jako ciężar, który rozlewał się w kroczu, gotowy do kolejnej dawki.

Wszedł na schody. Z każdym stopniem powietrze gęstniało. Zapach wosku i kadzidła słabł, ustępując miejsca czemuś piżmowemu, słodkiemu, ciężkiemu — perfumom, potowi, i pod spodem, głęboko, świeżej spermie, która wsiąkła w dywany, w zasłony, w ściany.

Zza kotary na szczycie schodów dobiegł go dźwięk — mokry, rytmiczny, przerywany stłumionym jękiem. Schlick. Schlick. Gurgle. Potem wysoki, urywany okrzyk, który przeszedł w zdyszany szept. Kael zatrzymał się na progu, a serce waliło mu tak głośno, że myślał, iż usłyszą go wszędzie.

Rozsunął kotarę.

Sala była ogromna, większa niż hol na parterze. Ściany obite burgundowym aksamitem, złote kandelabry rzucające pomarańczowe plamy światła na dziesiątki świec, które paliły się w niszach. Powietrze było gęste od ciepła i zapachów. A w sali — kobiety.

Oszesnaście. Siedziały na niskich łożach, na poduszkach, na aksamitnych pufach. Każda była inna — jaśniejsza i ciemniejsza skóra, rude i czarne i blond włosy, oczy zielone, niebieskie, bursztynowe. Kael nie mógł oderwać wzroku od ich ciał. Bo wszystkie miały tę samą proporcję, która wydawała się niemożliwa: biodra tak szerokie, że nie mieściły się w fotelach; talie tak wąskie, że Kael mógłby objąć je dwiema dłońmi; piersi masywne, spoczywające na łuku brzucha, unoszące się z ociężałym opóźnieniem przy każdym oddechu; pośladki, które falując przy każdym ruchu, tworzyły fale, które nie wygasały, gdy kobieta się zatrzymywała.

Gdy Kael wszedł, wszystkie odwróciły głowy. Kilka z nich poderwało się z miejsc, podchodząc do niego z wyciągniętymi dłońmi. Ich oczy były szkliste — nie z pijaństwa, ale z głodu, który Kael czuł w powietrzu, w ich oddechu, w dreszczu ich ciał, gdy węszyły w jego kierunku.

"Czuję go," szepnęła jedna — rude włosy, zielone oczy, pełne usta rozchylone, gdy wciągała powietrze przy jego szyi. "Pachnie... inaczej."

"Miód," dodała druga, kładąc dłoń na jego piersi. "I morze."

"Drożdże," powiedziała trzecia, chwytając go za nadgarstek. "Świeże. Ciepłe."

Kael stał otoczony kobietami, które ocierały się o niego, dotykały jego ramion, jego klatki piersiowej, jego bioder. Ich dłonie były gorące. Ich zapach wypełniał mu płuca. Czuł, jak jego penis twardnieje jeszcze bardziej, jak preejakulat sączy się w spodnie, tworząc mokrą plamę, która musiała być widoczna pod materiałem.

A potem zobaczył ją.

Siedziała w rogu sali, na niskim łożu, dłonie złożone na kolanach. Nie wstała, gdy wszedł. Nie wyciągnęła do niego rąk. Patrzyła na niego spokojnie, z ciepłem w bursztynowych oczach, które nie znało desperacji. Był w nich głód — Kael go widział, czuł go — ale był to głód kontrolowany, ujarzmiony, który nie potrzebował się spieszyć.

Jej skóra była miedziana, pokryta cynamonowymi piegami, które gęstniały na ramionach i na kościach policzkowych. Czarne włosy opadały jej za łokcie, ciężkie, lśniące, niesforne. Twarz miała owalną i miękką, bez ostrych linii — usta pełne, dolna warga nieco wydatna, jakby opadała w naturalnym półuśmiechu. Na lewym biodrze, widocznym w wycięciu sukni, miała znamię wielkości paznokcia.

Kael podszedł do niej, odpychając się od innych kobiet, które niechętnie rozstąpiły się, gdy skierował się w jej stronę. Mira. Nie znał jej imienia, ale wypowiedział je w myślach, gdy stanął przed nią, i wiedział, że to ona.

"Jesteś nowy," powiedziała. Jej głos był cichy, melodyjny, bez wysiłku. "Czuję to. Czuję też, że jesteś inny."

Kael skinął głową. Nie mógł mówić. Jej oczy przyciągały go jak magnes, wciągały w swoją głębię, która obiecywała coś, czego nie umiał nazwać.

Mira wstała powoli. Jej ruch był falujący, płynny — najpierw uniosła biodra, a wtedy jej pośladki uniosły się z łoża, by opaść z powrotem z cichym whumpf, który odbił się echem w jej ciele. Jej piersi zakołysały się przy tym, opóźnione, ciężkie. Gdy wreszcie stanęła na nogi, Kael zobaczył, jak jej uda — grube, silne — napinają się, by utrzymać masę jej bioder i pośladków, które zdawały się żyć własnym życiem.

Podeszła do niego. Jej dłoń, gdy położyła mu ją na piersi, była gorąca. Ciepło przeniknęło przez mokrą koszulę, przez skórę, aż do kości. "Chodź," powiedziała. "Moją komnatą."

Wzięła go za rękę. Palce splotły się z jego palcami. Kael poszedł za nią, mijając pozostałe kobiety, które patrzyły na niego z mieszaniną zazdrości i głodu, który wciąż płonął w ich oczach. Mira poprowadziła go przez kotarę, przez wąski korytarz, do drzwi, które otworzyła bez klucza.

Komnata była mała, ciepła i intymna. Niskie łoże zasłane futrami — gęstymi, miękkimi, pachnącymi lawendą i cynamonem. Pojedyncza świeca na drewnianej skrzyni. Żar z kominka, którego Kael nie widział, ogrzewał powietrze. Na podłodze leżała misa z mlekiem, obok niej kubek i dzbanek wody.

Mira zamknęła drzwi. Odgłos zasuwy był cichy, ale definitywny. Kael stał na środku pokoju, drżąc, a ona podeszła do niego powoli, jej biodra kołysały się w fali, która zdawała się trwać dłużej, niż powinna, jakby jej pośladki poruszały się własnym rytmem, niezależnym od reszty ciała.

Położyła mu dłoń na piersi. Drugą na policzku. "Nie bój się," szepnęła. "Jesteś tu bezpieczny."

Jej zapach — cynamon i mleko, i coś pod spodem, coś wilgotnego, kobiecego — wypełnił mu płuca. Kael zamknął oczy, a ona przysunęła się bliżej, jej ciało ocierając się o jego, jej piersi napierające na jego klatkę piersiową, miękkość, która obiecywała ulgę. Potem cofnęła się o krok, opuściła wzrok i popatrzyła na jego spodnie. Na plamę, która rozlewała się na udzie.

"Jesteś mokry," powiedziała. Nie z wyrzutem. Z ciekawością. "Przed chwilą oddałeś próbkę, a wciąż sączysz."

Kael skinął głową. "Nie mogę tego kontrolować."

Mira uśmiechnęła się. Ciepło, bez kpiny. "Nie musisz."

Klęknęła przed nim. Ruch był płynny — jej uda rozchyliły się, gdy opadała, a Kael zobaczył, jak jej pośladki spoczęły na piętach, miękkie, ciężkie, rozlewające się na podłodze. Jej dłonie sięgnęły do paska jego spodni, rozpięły go, ściągnęły materiał w dół, a jego penis wysunął się przed nią, twardy, nabrzmiały, z kroplą preejakulatu na żołędzi, która oderwała się i upadła na podłogę z cichym plip.

Mira patrzyła na niego przez długą chwilę. Jej oczy przesuwały się po trzonie, po żołędzi, po jądrach, które zwisały ciężko między jego udami. "Jesteś większy niż większość mężczyzn, którzy tu przychodzą," szepnęła. "I pachniesz... inaczej. Drożdże. Miód."

Pochyliła się. Jej oddech owiał żołądź — ciepły, wilgotny. Kael poczuł, jak jego jądra zaciskają się, jak ciśnienie narasta w cewce, gotowe do uwolnienia. Nie powstrzymywał się. Nie chciał.

Jej usta otworzyły się. Pełne wargi objęły żołądź, a potem zaczęły wciągać go głębiej, powoli, centymetr po centymetrze, aż Kael poczuł, jak opiera się o tył jej gardła. Ciepło jej jamy ustnej otoczyło go ze wszystkich stron. Jej język — wilgotny, elastyczny — owijał się wokół trzonu, przesuwał wzdłuż żyły, muskał wędzidełko, gdy się wycofywała, i napierał na niego, gdy znów brała go głębiej.

Kael jęknął. Jego dłonie opadły na jej głowę, wsunęły się w jej włosy, gdy ona pracowała nad nim, jej głowa poruszała się w rytmie, który był powolny, metodyczny, jakby chciała wyciągnąć z niego każdą kroplę przyjemności, zanim pozwoli mu dojść.

Ale on nie mógł czekać. Ciśnienie w jądrach narastało, rozsadzało go od środka, domagało się uwolnienia. Czuł, jak sperma przemieszcza się w cewce — ciepła, gęsta, niepowstrzymana. Chciał ostrzec, chciał powiedzieć, że zaraz, ale zanim zdążył otworzyć usta, jego ciało wygięło się w łuk, a orgazm wystrzelił z niego z siłą, która zaskoczyła ich oboje.

THWOMP. Głuche, bulgoczące uderzenie w jej gardło. Mira drgnęła, jej oczy rozszerzyły się, gdy pierwszy strumień wypełnił jej usta. Potem drugi — GLOOORP — przepełnił je, a sperma zaczęła przelewać się przez jej usta, spływać po brodzie, kapać na jej piersi, między nie, na podołek sukni. Mira przełykała — Kael widział pracę jej gardła, słyszał mokry dźwięk połykania — ale nie nadążała. Sperma wciąż płynęła. Trzeci strumień. Czwarty. Piąty.

Zakaszlała. Sperma trysnęła jej z nosa, cienką strużką, która ściekła po wardze i kapnęła na podłogę. Wciąż połykała. Jej dłonie chwyciły jego uda, by się podeprzeć, a jej gardło pracowało w rytmie, który był desperacki, ale nieprzerwany. Przełykała, bo musiała. Bo nie mogła przestać.

Gdy wreszcie Kael przestał tryskać, Mira siadła na piętach, dysząc. Jej twarz, szyja, piersi — wszystko pokryte było spermą, która ściekała po skórze kroplami i strumieniami. Jej brzuch — przed chwilą płaski — był teraz wyraźnie uwypuklony, jakby połknęła obfity posiłek. Z jej ust wciąż wyciekała biała strużka, która spływała po brodzie i kapała w kałużę między jej udami.

Kael słyszał dźwięki z jej wnętrza — głębokie, bulgoczące przelewanie się spermy w żołądku. Gurgle. Slosh. Mira położyła dłoń na brzuchu, czując ciężar, i spojrzała na niego z niedowierzaniem. "Ile ty tego masz?" wyszeptała. "To było... więcej niż litr. Nigdy..."

Podniosła dłoń, na której lśniła sperma, i wzięła ją do ust. Oblizała palce powoli, z namaszczeniem, nie spuszczając z niego wzroku. Potem pochyliła się i zaczęła zbierać spermę z własnych piersi, z zagłębienia między nimi, z brodawki lewej piersi, którą wzięła w usta i possała, ssąc własną skórę, by nie uronić ani kropli.

Kael patrzył na to, czując, jak krew znów napływa mu do penisa. Był wciąż twardy. Wciąż gotowy. I czuł już, jak jego jądra, opróżnione przed chwilą, napełniają się na nowo — ciepło rozlewa się w kroczu, ciężar wraca, jakby jego ciało było maszyną, która nie znała granic, nie znała odpoczynku, nie znała słowa "dość".

"Chcę więcej," powiedziała Mira, patrząc mu w oczy. Jej głos był chrapliwy, ale pełen głodu. "Wejdź we mnie."

Wstała, podeszła do łoża, położyła się na plecach i uniosła biodra, podkładając pod nie aksamitny klin. Jej uda rozchyliły się. Kael zobaczył jej srom — ciemny, nabrzmiały, błyszczący od wilgoci, która już na niego czekała. "Powoli," szepnęła. "Chcę cię poczuć."

Kael wszedł na łoże, między jej uda. Jego dłonie opadły na jej biodra — wąskie, tak wąskie, że objął je z łatwością, palce spotykając się po obu stronach. Skóra była gładka, gorąca. Przesunął dłońmi w dół, po brzuchu, który wciąż był uwypuklony od spermy, którą połknęła, po wzgórku łonowym, aż do krawędzi jej sromu, gdzie jego żołądź oparła się o wejście.

Wsunął się w nią powoli.

Dźwięk penetracji był mokry, głęboki — squelch, gdy jego żołądź rozchyliła jej wargi, potem shlick, gdy trzon zaczął się zagłębiać w ciasnym, gorącym kanale. Mira jęknęła, jej głowa odchyliła się w tył, a jej palce wbiły się w futra pod nią. Kael czuł, jak jej ściany zaciskają się wokół niego — ciasne, gorące, żywe, każdy centymetr był oporem i ulgą jednocześnie. Gdy wbił się w nią na całą długość, jej szyjka macicy przyjęła jego żołądź jak usta, które otworzyły się, by go wessać.

Zaczął poruszać się w niej — powoli, rytmicznie, głęboko. Jej nogi uniosły się, oparły o jego ramiona, uda grube i silne, zaciskające się wokół jego szyi. Jej pośladki unosiły się z łoża przy każdym pchnięciu, opadały z głuchym whumpf, gdy się wycofywał. Z jej brzucha dobiegały odgłosy — bulgotanie spermy, która mieszała się z jej sokami, przelewała w jelitach, tworzyła symfonię chlupotów i gulgotów, która rosła z każdym ruchem.

Orgazm narastał w Kaelu powoli, ale nieubłaganie. Czuł go w jądrach, które znów były pełne, w cewce, która pulsowała w rytmie serca, w całym ciele, które napinało się jak struna. Nie mógł go powstrzymać. Nie chciał.

I gdy wreszcie doszedł, było to jak eksplozja.

GLOOORP. Głęboki, rezonujący dźwięk, który wypełnił całe jej podbrzusze. Sperma wystrzeliła z niego w fali, która zdawała się trwać bez końca. Kael czuł, jak wypełnia ją — jej kanał rodny, jej macicę, jak ciśnienie rozlewa się w jej brzuchu, jak jej ściany rozciągają się, by pomieścić tę ilość. SLOSH. GURGLE. BURBLE. Jej brzuch zaczął puchnąć pod jego dłonią — nie gwałtownie, ale wyraźnie, jak balon, który napełnia się wodą. Skóra napinała się, stawała lśniąca, a gdy położył dłoń na jej brzuchu, czuł pod nią ruch — przelewanie się spermy, która wciąż płynęła, wciąż wypełniała.

Mira krzyknęła. Nie z bólu — z ekstazy, która była tak wielka, że nie mogła jej pomieścić. Jej ciało wygięło się w łuk, jej palce wbiły się w jego ramiona, a jej wnętrze zacisnęło się wokół niego w serii skurczów, które doiły go do ostatniej kropli.

Gdy wreszcie skończył, Kael wycofał się powoli. Sperma wypłynęła z niej natychmiast — fontanną, która trysnęła na jego uda, na futra, na podłogę. SCHOLLLLLORP. Kaskada bieli, która uderzyła o futra i rozlała się po nich, tworząc kałużę, która rosła w oczach. Mira natychmiast uniosła biodra wyżej na klinie, jej dłonie wbiły się w uda, próbując zatrzymać resztę — ale wyciek był zbyt obfity, zbyt długotrwały. Sperma wciąż ciekła z niej, kapała, tworzyła strumienie, które spływały po jej pośladkach i kapały w kałużę na podłodze. Plip. Plip. Plip. Zapach wypełnił komnatę — drożdże, miód, morze, i coś jeszcze, coś pierwotnego, coś, co obudziło w Kaelu głód, który nie wiedział, że ma.

Mira leżała na łożu, dysząc, jej brzuch wciąż uwypuklony, skóra na nim napięta i lśniąca. Jej dłoń spoczywała na brzuchu, czując ciężar, a jej oczy były zamknięte. Oddychała głęboko, powoli, jakby jej ciało potrzebowało czasu, by przetworzyć to, co się wydarzyło.

Potem otworzyła oczy i popatrzyła na niego. "Jesteś większy niż przed chwilą," powiedziała. "To niemożliwe... a jednak."

Kael spojrzał na siebie. Jego ciało było bardziej umięśnione, gęstsze, cięższe. Jego barki wydawały się szersze. Jego penis, wciąż twardy, był większy niż przed chwilą — dłuższy, grubszy, z żyłami, które pulsowały pod skórą. Czuł się potężny. Nienasycony.

"Jeszcze raz," powiedział. Jego głos był niższy, bardziej stanowczy. "Na czworaka."

Mira uśmiechnęła się. W jej oczach był cień obawy, ale także głód, który nie pozwalał jej odmówić. Odwróciła się, klęknęła na łożu, oparła dłonie na poduszkach, a potem uniosła biodra, wypięła pośladki w górę, opuszczając górną część ciała. Jej plecy wygięły się w łuk, a jej pośladki — ogromne, piegowate, faliste — wypięły się przed nim, rozchylone, kuszące.

Kael uklęknął za nią. Rozchylił jej pośladki dłońmi, czując pod palcami ciepło i sprężystość mięśni. Między nimi widział jej srom — mokry, nabrzmiały, wciąż ociekający spermą, która ściekała po wewnętrznej stronie ud, cienkimi strużkami. Przybliżył żołądź do wejścia, oparł ją o wilgotne wargi i wsunął się w nią jednym ruchem.

THWOCK. Głęboki, mokry, rezonujący dźwięk, gdy jego penis wbił się w nią na całą długość. Mira jęknęła, jej głowa opadła na poduszki, a jej palce wbiły się w futra. Kael zaczął poruszać się w niej — szybko, zwierzęco, pierwotnie, jego biodra uderzały w jej pośladki z każdym pchnięciem, tworząc rytmiczne smack, smack, smack, które mieszało się z jej jękami i odgłosami z jej brzucha — gurgle, sloosh, blorp, gdy sperma z poprzedniego aktu przelewała się w jej wnętrzu, mieszając się z nową dawką, która wypełniała ją z każdym ruchem.

Orgazm narastał w Kaelu szybciej niż poprzednio. Jego ciało domagało się uwolnienia, a on nie mógł mu odmówić. Gdy doszedł, było to jak potop — THWOMP, GLOOORP, SPLORCH, sperma wypełniła ją w ułamku sekundy, przelewając się nie tylko z pochwy, ale także wypływając z niej, gdy on wciąż był w środku, tryskając na jego uda, na jej plecy, na futra, tworząc fontannę, która zdawała się nie mieć końca.

Mira krzyknęła, gdy jej brzuch napęczniał dramatycznie — napięty jak bęben, skóra na nim lśniąca i prawie przezroczysta. Kael widział pod nią zarys naczyń krwionośnych, cień spermy, która prześwitywała przez cienką warstwę skóry. Dyszała, jej palce wbijały się w futra, a z jej wnętrza dobiegały odgłosy — głośne, niepokojące bulgoty, chlupoty, dźwięki przelewającej się cieczy, która naciskała na ściany jej brzucha, rozciągając je do granic możliwości. Gurgle. Slosh. Blorp. SPLOSH.

Gdy Kael wycofał się, sperma wylała się z niej falą — potopem, który uderzył o futra i rozlał się po łożu, po podłodze, po jej udach, tworząc kałużę, która rosła w oczach. Wyciek był długotrwały, Mira leżała nieruchomo, jej brzuch powoli opróżniał się z bolesnymi skurczami, które wyciskały z niej resztki spermy w seriach chlupotów i gulgotów.

Leżała tak przez długą chwilę, dysząc, jej dłonie na brzuchu, czując, jak jego zawartość powoli uchodzi. Potem, z wysiłkiem, uniosła biodra wyżej na klinie, by zatrzymać resztę. Jej palce zanurzyły się w spermie, która pokrywała jej uda, i zaczęła zbierać ją, połykać, jej gardło pracowało w rytmie, który był rytualny, pierwotny, nieświadomy.

"Nigdy," szepnęła, gdy wreszcie podniosła na niego wzrok. "Nigdy... nikt nie dał mi tyle. Jesteś... jesteś darem."

Kael stał nad nią, dysząc, czując, jak jego ciało zmienia się — mięśnie twardnieją, barki poszerzają się, a w jego wnętrzu rośnie coś, czego nie umiał nazwać. Siła. Pewność. Głód, który nie gasł, ale rósł, domagając się więcej.

Mira usiadła powoli, jej dłonie wciąż na brzuchu, który wciąż był uwypuklony, wciąż pełny. "Idź wyżej," powiedziała. "Nie należysz do tego piętra. Jesteś stworzony do czegoś większego. I... wróć do mnie, kiedy będziesz gotów."

Kael skinął głową. Odwrócił się, poprawił spodnie, które wciąż były wilgotne od preejakulatu, i otworzył drzwi. Za nimi czekał korytarz, a na jego końcu schody w górę, w mrok, który zapraszał go do kolejnego piętra.

Wyszedł z komnaty, a za sobą zostawił zapach spermy i cynamonu, który wsiąkł w jego skórę, w jego ubranie, w jego pamięć.

Comments

Be the first to share your thoughts on this chapter.

The End

Thanks for reading

Próg Głodu - Szczyt Głodu | NovelX